WIEK KONSOLIDACJI (18-21 ROK ŻYCIA)

0

Dzień, w którym wyjechałem na studia, pamiętam jako dzień wyzwolenia. Wsiadłem na pokład samolotu w Honolulu, gdzie wtedy mieszkałem, i poleciałem do Spokane w stanie Waszyngton, gdzie nad rzeką Spokane znajdował się Gonzaga University. Blisko było stamtąd do śródmieścia Spokane, średniej wielkości amerykańskiego miasta na obfitującym w sosnowe lasy wybrzeżu Pacyfiku. Były lata siedemdziesiąte, dziwny czas dla dorastających ludzi. Jako absolwent szkoły prowadzonej przez jezuitów nie byłem aż tak wolny, jak sobie wyobrażałem. Nixon poniósł klęskę, Sajgon poniósł klęskę, byłem zbyt młody, żeby jechać do Wietnamu. Wszędzie panowało disco, świat stał przede mną otworem. Zostawiłem rodzinę próbującą poradzić sobie z własnymi problemami i wyruszyłem w dorosłość, niepewny, co ona oznacza, co to jest być mężczyzną, ale przekonany, że do tego dojdę. Pamiętam moją podróż samolotem nie tylko dlatego, że uosabiała moje wyzwolenie, lecz także z powodu rozmowy, która toczyła się, kiedy leciałem nad oceanem. Obok mnie siedział dobiegający trzydziestki mężczyzna. Szczupły, niewysoki, wytatuowany, z zakręconymi wąsami i przetłuszczonymi blond włosami. Miał przymglone, niebieskie oczy. Ubrany był w znoszone wojskowe spodnie (to było jeszcze, zanim weszły w modę), zniszczoną, skórzaną motocyklową kurtkę, spod której wyglądał biały, poplamiony T-shirt. Mówił szybko, po czym robił chwilę przerwy i znów mówił. Słuchał mnie i nazywał mnie „intelektualistą”. Przypominałem mu jednego ze znajomych. Błądził myślami, podnosił i ściszał głos. Jak się wtedy mawiało, nadawał na własnej fali.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *